Odzyskany entuzjazm

Jeden z młodych kolarzy grupy Argos, przedstawiciel nowego pokolenia sportowców, którzy otwarcie mówią o dopingu
Jeden z młodych kolarzy grupy Argos, przedstawiciel nowego pokolenia sportowców, którzy otwarcie mówią o dopingu facebook.com/xouted, fot. własne, CC BY SA 3.0
Największy żal miałem nie w związku z telenowelą wokół sprawy Lance’a Armstronga, ale do Aleberto Contadora. To właśnie jego dopingowa wpadka, prawdopodobnie dużo poważniejsza niż ostateczny wyrok spowodowała, że kibicowanie kolarzom przestało mnie cieszyć. Tegoroczny sezon, od klasyków po Tour de France sprawił, że może nie wierzę w 100% czysty sport, ale do każdego kolejnego wyścigu podchodzę z ostrożnym entuzjazmem.

Aktualne artykuły o kolarstwie znajdziesz na moim blogu XOUTED.COM - Kolarstwo, Outdoor Pop

Paranauka w służbie kibica

Transmisje telewizyjne realizowane na wysokim poziomie, aktywność zawodników i dyrektorów sportowych na twiterze, profile w portalach społecznościowych takich jak Garmin Connect czy Strava powodują, że dostęp do danych: mocy, tętna czy tempa wspinaczki mają wszyscy. Stąd też sporą część czasu kibice poświęcają, zamiast na emocje związane z rywalizacją kolarzy, na analizę pracy przez nich wykonywanej. Dlatego mniej więcej do połowy Tour de France trwała dyskusja dotycząca potencjalnego dopingu Chrisa Froome’a oraz jego pomocników z drużyny Sky. Już sam styl jazdy był spektakularny, ale to szacunki dotyczące tempa na podjazdach Ax3 Domaines oraz Mont Ventoux najbardziej przywodziły na myśl wyniki uzyskiwane przez Armstronga i jego rywali w „epoce EPO”.

Suche liczby bez kontekstu są świetnym polem do nadużyć czy pomówień. Nie chcę w tym miejscu bronić Chrisa Froome’a czy Richiego Porte, nie zamierzam również nikogo oskarżać. Bardziej niż na poszczególnych zawodnikach i uzyskiwanych przez nich rezultatach lepiej skupić się na widocznych tendencjach. Po dwóch latach spowolnienia, zawodowy peleton wyraźnie przyspieszył. Średnia prędkość zwycięzcy Tour de France była piątą najwyższą w historii. A warto zauważyć, że oglądaliśmy jedną z bardziej górzystych „Wielkich Pętli” w ostatnich latach! Majowe Giro d’Italia było, z powodu niespodziewanego ataku zimy, okrojone z podjazdów, stąd też Vincenzo Nibali zwyciężył z drugą najwyższą średnią prędkością w dziejach wyścigu. Najszybszy od niemal pięćdziesięciu lat był także Fabian Cancellara na trasie legendarnego klasyku z Paryża do Roubaix.



Co ciekawe, podczas niedawno zakończonego Touru najmocniejszy pod górę był nie, będący pod ostrzałem mediów Froome, ale Nairo Quintana na ostatnim podjeździe wyścigu! Zarówno filigranowy, stworzony do wspinaczki Kolumbijczyk jak i zwycięzca całego Tour de France osiągali rezultaty zbliżone do tych, które prezentowali podczas Giro d’Italia Vincenzo Nibali czy Carlos Betancur, zatem wbrew pozorom nie są kosmicznym ewenementem. O tym, jak wysoki poziom prezentują zawodnicy świadczy również jazda Laurensa Ten Dama. Holender z grupy Belkin w pierwszej fazie wyścigu jechał w pierwszej dziesiątce, lecz całą rywalizację zakończył na trzynastej pozycji i niemal codziennie udostępniał swoje dane w portalu Strava. Już rezultaty osiągane przez kolarza, który raczej odpadał z grupy faworytów niż decydował o losach wyścigu mieszczą się w górnych strefach ocenianych przez ekspertów jako granica ludzkich możliwości. Bohaterowie walczący o podium do owych granic niebezpiecznie się zbliżają.

Technologia w służbie sportowców

Trauma po Armstrongu, Ullrichu, aferach Festiny, Puerto czy Oil for Drugs spowodowały, że wszędzie szukamy spisku, zapominając o podstawowych elementach. Dekada w sporcie to przepaść. Szczególnie w takim, gdzie poza fizycznymi możliwościami zawodników liczy się sprzęt. Aerodynamika, ergonomia, dopasowanie pozycji zmniejszają kolarzom zużycie energii nawet o kilkadziesiąt Wattów. Na tle klubów piłkarskich budżety zawodowych ekip kolarskich są śmiesznie małe (najlepsze z drużyn operują kilkunastoma milionami Euro), ale i tak pozwalają na wiele. Aerodynamiczne kaski, ultralekkie i przewiewne stroje, poszukiwanie luk w przepisach umożliwiających obejście restrykcyjnych reguł dotyczących budowy rowerów. Do tego wszechobecny monitoring niemal wszystkich parametrów fizjologicznych. Nigdy w historii kolarstwo nie było tak zaawanoswane technologicznie, nigdy też zawodnicy nie mieli tak komfortowych warunków pracy. Jeśli napiszę, że obecnie sprzęt, który amator można kupić w markecie sportowym za równowartość dwóch średnich krajowych jeszcze dziesięć lat temu był dostępny wyłącznie dla kilku kolarzy na świecie, nie będzie w tym przesady.



W takich warunkach, otoczeni opieką fizjologów, biomechaników, projektantów i programistów kolarze muszą przyspieszać, nawet w warunkach najlepiej działającego systemu antydopingowego. Z drugiej strony, ujawnione w aferze Armstronga mechanizmy oszukiwania kontrolerów każą pohamować optymizm, ale rzut oka na zaplecze, jakim dysponowały najlepsze ekipy podczas choćby naszego Tour de Pologne, skłania do refleksji, że tym razem za tempem peletonu stoi nie tylko chemia oraz fizjologia, ale wiele więcej gałęzi różnych nauk.

Bez show nie byłoby entuzjazmu

Suche dane: prędkość, moc, tempo podjeżdżania to pole do ekscytacji dla koneserów. Tego lata najważniejszy jest dla mnie inny czynnik, który w połączeniu z klimatem walki z dopingiem wpłynął na ciepłe emocje, jakimi znów obdarzyłem kolarstwo. Zawodnicy grają w otwarte karty, szukają niemal każdej okazji do ataku, zdobycia przewagi nad rywalami. Podczas Tour de France Chris Froome zbudował szokująco wysoką formę na pierwszą fazę wyścigu, w drugiej musiał bronić się przed szarżującymi rywalami. Contador, Rodriguez, Quintana, przez chwilę również kolarze ekipy Belkin atakowali gdzie tylko mogli. W górach, na wietrze, podczas jazdy na czas. Zagrywki taktyczne, jazda drużynowa, zmiany rowerów, izolowanie lidera od jego przybocznych. Każdy etap Wielkiej Pętli był polem bitwy. Mimo dominacji Froome’a i ekipy Sky, byłem do końca trzymany w niepewności, wyczekując co będzie się działo za każdym kolejnym zakrętem, na każdym wzniesieniu i na każdym szaleńczym zjeździe.



W nieco mniejszej skali, ale podobnych wrażeń dostarczył mi Tour de Pologne. W obu przypadkach smaku dodaje fakt, że po wielu latach posuchy, od kilkunastu miesięcy w głównych rolach oglądam Polaków. Jak wielkim nie byłbym entuzjastą kolarstwa i jak wielu godzin rocznie bym mu nie poświęcałbym, inaczej ogląda się sport, w którym oprócz obcych Basków, Walonów czy Brytyjczyków o czołowe lokaty rywalizują “nasi”. W połączeniu z odważną i agresywną jazdą oraz ze świadomością, jak wysoki poziom prezentują, dostaję dodatkowy bodziec by śledzić kolejne relacje.

Na koniec zostaje niepokój. A co, jeśli znów oglądam oszustwo? A co, jeśli po raz kolejny serwowany show jest efektem nieetycznych eksperymentów ocierającej się o mafię grupy karierowiczów? Z podobnymi problemami, co kolarstwo kilka lat temu, borykają się obecnie inne dyscypliny sportu. Lekkoatletyka, tenis, zaczyna się wspominać o dopingu w piłce nożnej. Kolarze ze swoją przeszłością, traumą afer, będąc obecnie pod kontrolą najbardziej rygorystycznych badań i przepisów otwarcie mówią o etyce pracy, wyzwaniach i wyborach, jakie stawia przed ludźmi wyczynowy sport. Mimo całego zaplecza technologicznego i wielu elementów, które go dehumanizują, sami bohaterowie są bardziej ludzcy i bliżsi niż kiedykolwiek.

Krótkie komentarze wrzucam na facebooku - zobacz
Trwa ładowanie komentarzy...