Czy można polemizować z sukcesem?

Start etapu Tour de Pologne, Zakopane 2011
Start etapu Tour de Pologne, Zakopane 2011 fot. M. Tyniec, CC BY SA 3.0
Tour de Pologne Czesława Langa to czysty sukces. Bezprecedensowy w historii polskiego sportu. Do tego wyścig rozumiany jako firma może być stawiany na równi z przedsięwzięciami czołowych polskich biznesmenów. Siedemdziesiąty, jubileuszowy Tour de Pologne zostanie uhonorowany w szczególny sposób: rozpocznie się we Włoszech. Czy z takimi dokonaniami można w ogóle polemizować?

Aktualne artykuły o kolarstwie znajdziesz na moim blogu XOUTED.COM - Kolarstwo, Outdoor Pop

Fakty - niezbędne
W 1993r Czesław Lang został dyrektorem wyścigu, który wówczas, poza długą historią nie miał zbyt wiele do zaoferowania. Po trzech latach z amatorskiej imprezy wprowadził go do międzynarodowego kalendarza Międzynarodowej Unii Kolarskiej (UCI). Po kolejnych czterech impreza miała już kategorię 2.2. Tę samą, co prestiżowe imprezy takie jak 3 dni de Panne czy Giro del Trentino. Warto spojrzeć na to z obecnej perspektywy, jak cenne wydają nam się obecne osiągnięcia polskich kolarzy w tych imprezach: trzecie miejsce Macieja Bodnara w de Panne czy Szmyda w Trentino rok temu. W roku 2005 Czesław Lang wraz ze swoją ekipą awansował jeszcze wyżej. Kolarstwo wówczas przechodziło małą rewolucję, wprowadzono cykl Pro Tour (przemianowany później na World Tour) składający się z najważniejszych imprez kolarskich w sezonie. Dzięki temu Tour de Pologne stał się, przynajmniej w rankingach, tak samo ważny jak legendy: Tour de Suisse, Dauphine Libere czy Paryż - Nicea.

Mimo zawirowań, jakie przeżywała UCI w kolejnych latach, nasz wyścig utrzymał najwyższą możliwą do uzyskania kategorię. O tym, jak duży jest to sukces, niech świadczy przykład Deutchland Tour. Zawodów, które przy pomocy dużych pieniędzy wdarły się błyskawicznie do czołówki imprez kolarskich by równie spektakularnie zniknąć - po problemach finansowych przestała być organizowana! To pokazuje, że, przynajmniej na tym etapie, powinniśmy wybaczyć krytykowaną komercjalizację, tysiące balonów, bannerów oraz traktowane z przymrużeniem oka nieśmiertelne rundy w miastach.

Dyskusyjny, choć moim zdaniem nie do przecenienia jest też wkład Tour de Pologne w wyciąganie polskiego kolarstwa z dołka, w którym się przez wiele lat znajdowało. Dzięki możliwości udziały reprezentacji narodowej i licznym, heroicznym ucieczkom, nasi zawodnicy pokazują, że są tak samo dobrzy, jak ich rywale z Niemiec, Francji czy Włoch. Polska kolonia w drużynach Pro Teams i Pro Continental jest już całkiem spora, rodzima drużyna CCC Polsat powróciła na zaplecze elity. Kontakt z najlepszymi oraz promocja, jaką można było dostać podczas Tour de Pologne wyraźnie się zwracają.

Mity - niepotrzebne
Niestety wokół naszego wyścigu obudowano wiele niepotrzebnych mitów. Po pierwsze, nie ma czegoś takiego jak “Kolarska Liga Mistrzów”, hasło przewodnie towarzyszące Tour de Pologne od czasu awansu do Pro Touru. Najbardziej prestiżowe wyścigi są niezmienne od lat. To wielkie toury (trzytygodniowe imprezy we Francji, Włoszech i Hiszpanii), klasyczne “Monumenty” (jednodniowe zawody rozgrywane wiosną i jesienią we Włoszech, Francji, Belgii z około stuletnią tradycją, podczas których najwybitniejsi kolarze przechodzili do historii sportu, najbardziej znanym “Monumentem” jest brukowany Paryż-Roubaix), do tego można doliczyć kilka mniejszych etapówek: otwierający sezon Paryż-Nicea, poprzedzające wielkie toury Dauphine Libere, Tour de Suisse oraz Tour de Romandie. I tyle. Jeśli mimo krótszej obecności w zawodowym peletonie zrównamy Tour de Pologne z imprezą taką jak Wyścig Dookoła Kraju Basków, będzie to wystarczająca nobilitacja.

Drugi mit to trasa. Niestety, w Polsce mamy do dyspozycji co najwyżej wzgórza a nie góry. Od kiedy na nasz wyścig zaczęły przyjeżdżać czołowe grupy zawodowe, nawet najcięższe propozycje serwowane przez organizatorów nie dokonały znaczącej selekcji w peletonie. Górzyste etapy często kończą się finiszem z większej grupy. Sęk w tym, że nie ma w tym nic złego. Nie każdy wyścig musi być dla górali, nie wszędzie trzeba zyskiwać przewagę atakując na podjazdach. Kolarstwo to sport różnorodny, z wieloma specjalizacjami, w każdej znajdzie się wielu wybitnych atletów, którzy stworzą świetne widowisko.


Prezentacja polskich etapów 70. Tour de Pologne - uwaga, 16 minut (!)

Trzeci mit to zawodnicy. Owszem, przyjeżdża do nas elita. Zawodnicy z kontraktami w ekipach Pro Teams zasłużyli na to talentem, profesjonalizmem i pracowitością. Posiadający najlepsze zaplecze techniczne, medyczne i logistyczne. Trzymając się nie do końca adekwatnych porównań to “Formuła 1 na rowerach”. Tyle, że ścigają się u nas nie “Alonso, Hamilton i Vettel” a “Kubica i Massa”. Też dobrze, prawda? Dzięki temu, że nie jest to najbardziej prestiżowa etapówka w sezonie, za to oferuje dużo punktów do zdobycia, najlepsze drużyny sprawdzają u nas zawodników, w których pokładają wielkie nadzieje. Stąd sukcesy Martina, Sagana, van Summerena czy Mosera. To naprawdę zacne i warte podkreślania. Owszem, na starcie pojawiają się mistrzowie świata czy zwycięzcy wielkich tourów, ale nie oszukujmy się, nie traktują Tour de Pologne priorytetowo.


Co zamiast fajerwerków?
Czesław Lang “jest Włochem”. W Italii przecierał szlaki dla polskich zawodowców jako sportowiec a jako biznesmen wprowadził tamtejszych kolarzy na polskie szosy. Związki z tym krajem ma również bardziej osobiste - zięciem jest właśnie Włoch. Nic dziwnego, że skoro wypracowana współpraca z regionem Trentino zaczęła kwitnąć, zdecydował się na rozegranie dwóch pierwszych etapów Tour de Pologne w Dolomitach. Jeśli osobiste sentymenty można połączyć z dobrym interesem a przy tym zrobić rzecz bez precedensu, czemu nie spróbować. Zaprezentowana trasa jubileuszowego, 70. wyścigu dookoła Polski jest, wbrew obawom wielu kibiców dość zrównoważona. Do ciężkich, wysokogórskich etapów we Włoszech dołożone są płaskie i - z tej perspektywy - pagórkowate odcinki w Polsce. Całość wieńczy długa jazda indywidualna na czas. Na tyle długa, by wyrównać różnice powstałe w Dolomitach. Tym razem jedno jest pewne. Wyścigu nie wygra wytrzymały sprinter pokroju Petera Sagana. Raczej szczupły góral pokroju Sylwestra Szmyda (jaka byłaby to piękna historia!) lub muskularny czasowiec taki jak Tony Martin będzie świętował sukces na krakowskich Błoniach.


Klip promujący wyścig Strade Bianche - już w najbliższą sobotę.

Jubileuszowe fajerwerki to nie wszystko. Na fali promocji, jaką w tym roku dostanie Tour de Pologne można zbudować coś więcej. Zafascynowany Włochami Czesław Lang powinien pogłębić inspirację. Jego wyścig ma już niemal wszystko poza jednym: legendą. Z punktu widzenia kibica, Tour de Pologne to wyścig nieistotny. Interesujemy się nim, ponieważ jest “nasz”. Widz zagraniczny nie dostaje argumentów by przełączyć kanał lub włączyć streaming z Polski. Tymczasem Włosi uwagę przyciągają po mistrzowsku. Zmieniają formułę swoich wyścigów tak, by naturalne stały się dyskusje wokół nich. 70. Tour de Pologne, “z ziemi włoskiej do Polski” podąża śladami Jana Pawła II to chwytliwe hasło dla TVP. Dla czytelnika cyclingnews, największego na świecie kolarskiego portalu informacyjnego - niekoniecznie. Włoski wyścig “Strade Bianche” jest młodszy niż obecność Tour de Pologne w Pro Tour. Ma stosunkowo niską kategorię: 1.1, ale w siedmioletniej historii dwa razy wygrał go Fabian Cancellara i raz Philippe Gilbert - giganci zawodowego peletonu. Strade Bianche daje widzom to, co Anglosasi określają przymiotnikiem “epic”. Emocje, legendę, poczucie uczestnictwa w czymś ważnym. A to wszystko dzięki temu, że organizator zmusza kolarzy, by na rowerach szosowych jeździli po charakterystycznych, szutrowych drogach w okolicach Sieny. Tak jak ich poprzednicy dwa pokolenia wcześniej. Idąc za ciosem organizatorzy wskrzeszają kolejną jednodniówkę “Giro del Lazio”, tym razem pod nazwą “Roma Maxima”, kierując zawodników na historyczną, brukowaną jeszcze przez Rzymian, via Appia.

Idąc tym torem, spójrzmy szerzej. Media i kibice są żądni wrażeń. Suchy profesjonalizm nas nudzi a na PR się uodparniamy. Skoro i tak etapy Tour de Pologne kończą się na rundach, a ostatni odcinek finiszuje w Krakowie, czemu więc na Błoniach (lubianej przez autochtonów, ale jednak łące) a nie pod Sukiennicami (zatłoczonym przez turystów, ale jednak Rynku, jednym z symboli turystycznych całego kraju)? Sam przejazd nie wystarczy. Finisz po kostce? Cóż z tego? A może “pójść po całości” i wjechać na wawelski dziedziniec?
Wieloletnim partnerem jest Wieliczka (solne trofea, które otrzymują zawodnicy są wyjątkową pamiątką wśród standardowych kryształów), czemu nie zorganizować krótkiego, indywidualnego prologu pod ziemią?
Skoro nasze góry wypadają blado na tle Alp czy Pirenejów a podjazd w Gliczarowie nie robi większej selekcji niż holenderski Cauberg, poprowadźmy kolarzy po mazurskich brukach i szutrach. Jeśli któryś z niestandardowych pomysłów “złapie” trzymajmy się go i pielęgnujmy. By stworzyć legendę, potrzeba nie tylko profesjonalizmu, ale i odrobiny szaleństwa. Panie Czesławie, przecież “jest Pan Włochem”!
Trwa ładowanie komentarzy...