POPULARNE Łódź – miasto, którego nienawidzą już nawet sami mieszkańcy

Po co Bjoergen astma?

Fot. Oskar Karlin, flickr, CC BY-SA 2.0
Marit Bjoergen wygrała pierwszą eliminację Pucharu Świata dominując nad rywalkami. Ta sama Marit Bjoergen, która kilka lat temu za nimi nie nadążała. Potem zachorowała na astmę i wszystko się zmieniło. Medialne polowanie na astmatyków czas zacząć.

Aktualne artykuły o kolarstwie znajdziesz na moim blogu XOUTED.COM - Kolarstwo, Outdoor Pop

W dyscyplinach wytrzymałościowych żadna dominacja nie jest jednoznaczna. Sprawa Lance’a Armstronga i ujawnione przy tej okazji dokumenty pokazują , jak głęboko niedozwolone wspomaganie wpisało się w kulturę gałęzi biznesu, jaką jest sport wyczynowy.

Biegi narciarskie zasadniczo nie różnią się w tej kwestii. Trzy lata po tym, gdy kolarze zmagali się z „aferą festiny”, na stacji benzynowej w okolicach fińskiego Lahti ktoś znalazł torbę z logotypem fińskiej federacji narciarskiej. Okazało się, że w środku jest cały arsenał środków dopingujących. Incydent ten zakończył się największym skandalem w historii fińskiego sportu. Genialna generacja biegaczy, która okazała się być produktem medycyny, upadła. Dekadę później, zniszczony przez alkohol i depresję ex-bohater narodowy, Mika Mylylla w swoim domu popełnił samobójstwo. Z perspektywy czasu można wysnuć wniosek, że fiński biegacz, tak jak kolarze: Lance Armstrong, Jan Ullrich czy Marco Pantani był ikoną pewnej epoki, w której doping był niemal akceptowany. Fakt, że media, kibice, działacze i historia rozprawiły się z nim w okrutny sposób (podobnie jak z Pantanim, który konsekwencje uczestnictwa w podobnym systemie wytrzymał jeszcze krócej) pokazuje, jak poważna jest to sprawa, jak nie należy jej bagatelizować i wreszcie, należy ją przypomnieć zwolennikom legalizacji niedozwolonego wspomagania.

Trzeba przy tym jasno powiedzieć, że prócz niedozwolonych środków, z których stosowaniem walczy WADA (Międzynarodowa Agencja Antydopingowa) oraz – mniej lub bardziej – poszczególne federacje sportowe, istnieje wiele specyfików, które zawodnicy mogą przyjmować. Od końskich dawek witamin i minerałów, przez ekstrakty ziołowe, środki homeopatyczne by skończyć na substancjach chemicznych, które powstają w laboratoriach, ale w przeciwieństwie do zabronionego „koksu” są dostępne w normalnej dystrybucji. Większość tych preparatów atleci przyjmują po to by… przeżyć. Wytrzymać katorżniczy trening i uzupełnić niedobory. W dalszej kolejności jest wspomożenie regeneracji czy poprawa pewnych parametrów, w dozwolony przez władze sposób.

A co, gdy zawodnik w jakiś sposób odbiega od normy? Cierpi na jakieś schorzenie, wrodzone lub nabyte? Czy miejscem dla niego są wyłącznie igrzyska paraolimpijskie, czy też może startować z w pełni sprawnymi konkurentami? Czy może przyjąć odpowiedni lek, który – gdyby nie był licencjonowanym profesjonalistą – brałby wychodząc na jogging przed pracą, czy też musi zrezygnować ze sportowej kariery? Lub, co jest pewnym ekstremum i znakomicnie obrazuje sprawę, zastosować protezę jak biegacz Oscar Pistorius. Skoro i tak przepisy antydopingowe są dalekie od idei „zera tolerancji” (wiele norm pozostawia zawodnikom pole manewru przy manipulacjach, jest również dalekich od naturalnych parametrów organizmu), to dlaczego nie pozwolić na przyjmowanie ściśle określonych ilości określonych środków leczniczych bez sankcji dyskwalifikacji?

Tak jest właśnie z lekami na astmę. Co ważne, przyjmowanymi wyłącznie we wziewie, czyli z inhalatora. Do niedawna potrzebne było zaświadczenie (tzw. TUE, „wyjątek dla użycia terapeutycznego”), obecnie np. salbutamol można wdychać niemal do woli. Wystarczy zadeklarować przy kontroli, że stosuje się taki środek. Mógłby to więc robić każdy, także Justyna Kowalczyk, która odważnie i jawnie, wraz ze swoim trenerem krytykuje zawodniczki, które przyjmują leki na astmę. W tym miejscu wkraczam na bardzo grząski grunt. Po pierwsze nie jest udowodnione, czy przyjmowane przez zdrowego sportowca kortykosterydy poprawiają wydolność. Po drugie, o czym przy okazji afery Armstronga wielokrotnie wspominał Johnatan Vaughters, jeden z “nawróconych” doperów, obecnie będący na czele ruchu chcącego oczyścić kolarstwo, doping lepiej działa na organizmy mniej utalentowane. Po trzecie wreszcie, nasza mistrzyni sama ma na swoim koncie przykrą przygodę z TUE (jest to niestety częsty przypadek, gdy nawet najlepsi nie orientują się w gąszczu przepisów i składów leków; to mało profesjonalne, ale to fakt), zatem eksperymenty z medykamentami mogłyby mieć dla niej drastyczne konsekwencje z koniecznością zakończenia kariery włącznie.

W zeszłym sezonie Aleksander Wierietielny postawił śmiałą tezę, w myśl której Bjoergen bierze legalne kortykosterydy, by lepiej natlenić mięśnie. Śledząc jej karierę można faktycznie zauważyć tę prawidłowość. W przypadku wielu sportowców ewolucja sylwetki wiązała się ze zmianą przygotowań, zmianą diety czy wreszcie, zmianą lub wprowadzeniem wspomagania. Kolejne wieloznaczności pojawiają się, gdy spojrzymy na ostatnie trzy dekady historii norweskich sportów wytrzymałościowych. Niemal cały czas na topie, wiele gwiazd, które dominowały przez lata (Bjørn Dæhlie, Johann Olav Koss, Ole Ejnar Bjoerndalen, Marit Bjoergen), federacje solidnie wspierane finansowo przez państwo. Do tego niemal zero wpadek. To sugerowałoby zorganizowany system. W opozycji należy postawić bardzo istotny fakt, jakim są porażki Norwegów w latach, gdy ich główni rywale wprost sięgali po doping. Twórcami złotej generacji włoskich biegaczy: Stefanii Belmondo, rodzeństwa di Centów czy Silvio Faunera byli ci sami lekarze, którzy wprowadzili EPO do kolarstwa. Finowie na przełomie XX/XXIw. zdobyli wyraźną przewagę dzięki zorganizowanemu systemowi wspomagania. Podczas Igrzysk w Salt Lake City z Norwegami i Norweżkami wygrywali Johan Muehleg i Rosjanki by szybko wpaść na stosowaniu dopingu krwi. Cztery lata później, w Turynie, austriaccy biathloniści, którzy mieli zdetronizować Ole Einara Bjoerndalena musieli uciekać przez okno przed kontrolerami, ponieważ byli klientami znanego m.in. Bernhardowi Kohlowi laboratorium Humanplasma.

Te wszystkie historie to m.in. efekt niedostatecznych kontroli, braku systemu paszportów biologicznych. Na ich tle kortykosterydy Marit Bjoergen wyglądają niewinnie. Tym bardziej, że astma wysiłkowa, zwłaszcza po kilkunastu przetrenowanych sezonach, gdy organizm narażony jest na zimno, wiatr, zanieczyszczenia czy drażniące chemikalia (sprawa dotyczy więc większości sportowców, którzy godzinami szlifują formę na szosach, bieżniach i w basenach) jest realną zmorą zarówno profesjonalistów jak i amatorów. Zmagał się z nią m.in. Robert Korzeniowski. Bjoergen po symbicort w sprayu sięgnęła będąc już ukształtowaną zawodniczką, mając na koncie wiele sezonów wdychania zmrożonego powietrza. Patrząc na regularnie przekroczone normy pyłu zawieszonego w małopolsce pozostaje czekać, kiedy podobna przypadłość dopadnie i naszą mistrzynię...

W całej sprawie przykre jest to, że piękna rywalizacja dwóch wielkich indywidualności: Kowalczyk i Bjoergen chowa się w cieniu podejrzeń i oskarżeń. Winna nie jest Bjoergen, która prawdopodobnie naprawdę ma astmę. Winni nie są Kowalczyk i Wierietielny, którzy mają prawo czuć się sfrustrowani: mimo wszystko nie rywalizują z norweską kadrą na tych samych warunkach. Trzydzieści lat zaniedbań, gdy doping był de facto niewykrywany, gdy sportowcy regularnie nadużywali procedury TUE, by maskować wspomaganie, gdy nikt nie mówił, że coś jest nie w porządku, patrząc na coraz bardziej wynaturzonych atletów. To wszystko odbija się na współcześnie startujących zawodnikach.
ZOBACZ TAKŻE:
WIĘCEJ NA TEMAT:
Justyna KowalczykSporty zimowe
Skomentuj